A. Zygmuntowicz “Białoruś. Imperium kontrastów”

“Podróż na Karaiby będziecie wspominać przez pół roku – wizytę na Białorusi przez całe życie” – pisze we wstępie Artur Zygmuntowicz. Podobnie jest z jego książką “Białoruś. Imperium kontrastów” (Wydawnictwo Bernardinum). Zapamiętam ją na bardzo długo. Jej lektura nie pozwalała mi bowiem na nudę nawet przez jedną stronę.

Książka Artura Zygmuntowicza jest opisem czterech podróży, które autor odbył na Białoruś. Kraj ten przemierzył wzdłuż i wszerz – pieszo, rowerem, samochodem, pociągiem, a nawet łodzią. Obserwował, rozmawiał, czytał, degustował. Efektem jest z pozoru lekka i niewinna książka. To jednak tylko pozory. W rzeczywistości jest bardzo socjologiczna. Obserwacje i wnioski Artura Zygmuntowicza mogą bowiem niejednemu naukowcowi posłużyć, jako świetny materiał badawczy.

Białoruś kusi i pociąga. Lśniące kopuły cerkwi, piękna – rodem z “Nad Niemnem” – przyroda, wielkie przestrzenie, zabytki świadczące o dawnej potędze Rzeczypospolitej, ślady Mickiewicza, Kościuszki, Kapuścińskiego czy Boboli. Białoruś to też kraj, który trudno zrozumieć, pełen sprzeczności i paradoksów. Bo z jednej strony Łukaszenka, bieda i zamordyzm. Z drugiej jednak białostockie galerie pękające w szwach od białoruskich klientów. Często widząc ich, zastanawiałem się: skoro mogą przyjechać na zakupy do Polski, to dlaczego nie czmychną przed tyranem dalej na Zachód, tylko wracają z zakupami na Białoruś? Skoro taka tam bieda, to skąd mają na wózki pełne sprzętu AGD i RTV? Książka Zygmuntowicza pozwoliła mi sporo zrozumieć.

“Białoruś. Imperium kontrastów” to jak już wspomniałem relacja z podróży. Autor poruszył wiele istotnych, ale też zdawałoby się błahych aspektów. Obserwował, rozmawiał, degustował. Przeczytamy więc o polityce, ale też o wyglądzie wagonów kolejowych. O jedzeniu i zabytkach, o ludziach i architekturze, o kulturze i chamstwie, o święcie narodowym i  wojnie w Afganistanie. O rzeczach oczywistych i o absurdalnych. Poznamy opinie autora, ale też rodowitych Białorusinów, zarówno zwolenników Łukaszenki, jak i opozycjonistów.

Artur Zygmuntowicz jest świetnym obserwatorem, co przekłada się na odbiór jego książki. Nie dałoby to jednak takiego efektu, gdyby nie styl autora. Jego pióro jest tak lekkie, że wypuszczone z ręki uniosłoby się w górę. Książkę czyta się rewelacyjnie. Zygmuntowicz jest dowcipny i uszczypliwy. To taki typ, który z grobową miną opowiada rewelacyjne dowcipy. Jest w tym niezwykle autentyczny. Poza tym zaimponował mi bardzo zdroworozsądkowym podejściem do polityki oraz historii. To u Polaka rzadkość. No i przede wszystkim przyciąga jego swojskość. Częste wstawki, jak to tu walnął lufę, a tam piwko, powodują, że autor staje się czytelnikowi bliski. Można z nim popić, pośmiać się, ale też popłakać i poważnie porozmawiać.

Książka Artura Zygmuntowicza pozwoliła mi lepiej zrozumieć Białoruś, a przede wszystkim wyjść ze stereotypowego myślenia o tym kraju. Sprawiła też, że kilka wieczorów spędziłem naprawdę pasjonująco. Polecam każdemu.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Bernardinum.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *