M. Kołodziejczyk “Prymityw. Epopeja narodowa”

Kafka? Bareja? A może Koterski? Myślę, że Marcin Kołodziejczyk – dziennikarz “Polityki” oraz autor wielu reportaży, byłby dumny z każdego takiego porównania. Myślę też, że tworząc swoją debiutancką powieść “Prymityw. Epopeja narodowa” (Wydawnictwo Wielka Litera), liczył na takie właśnie zestawienia. Czy mu się to udało? Raczej nie, choć znaczna część czytelników okrzyknie, że oto powstała nowa epopeja narodowa, a przynajmniej drugi “Dzień świra”. Jedno jest pewne – książka ta budzi wyłącznie skrajne emocje. Ciężko jest przejść obok niej obojętnie. 

“Prymityw. Epopeja narodowa” to czarne zwierciadło naszej rzeczywistości. To rzekomo książka o nas, Polakach. To zbiór zaczerpniętych z życia epizodów. Akcja rozgrywa się na prawobrzeżnej Warszawie, wśród praskich żulików i cwaniaczków. Głównym bohaterem jest Robert Poczęty (wszyscy bohaterowie mają równie pokrętne nazwiska) – “osoba niezwykle współczesna, może i psychicznie nieadekwatna, ale za to radykalna fizycznie i w tym sensie uspołeczniona”. Wszystkie postacie mają więc być naszym zwierciadłem – odbiciem ludzi gnuśnych i roszczeniowych.

Co w pierwszej kolejności nasuwało mi się w trakcie lektury? Przede wszystkim pytanie, czy Kołodziejczyk rzeczywiście opisał Polską rzeczywistość, czy tylko jej marginalny fragment? A jeżeli rzeczywistość, to czy mamy nad nią płakać, czy raczej z niej się śmiać? Odpowiedzi nie otrzymałem. Z własnych obserwacji wnioskuję, że opisany wycinek Polski, nawet jeżeli prawdziwy, jest tylko marginesem. Wszystkie wyłuskane przez Kołodziejczyka “polskie przywary”, które kreśląc swych bohaterów tak przejaskrawił, to mentalna spuścizna PRL-u oraz efekt dzisiejszych pasków w programach informacyjnych (i lewych, i prawych), które manipulują człowiekiem i robią mu z głowy prawdziwą sieczkę.

Tak jak wspomniałem książka Kołodziejczyka jest zbyt przerysowana i stereotypowa. Z drugiej strony  autorowi należą się słowa uznania za kwestie czysto literackie. Choć nie w dosłownym sensie. Kołodziejczyk nie zważa bowiem na ortografię czy gramatykę. Tworzy przedziwną kombinację językową, która wyróżnia jego powieść. Bawi się z nami grą słowną. Trochę bełkotu, trochę slangu, sporo chamstwa, a wszystko to podszyte różnymi podtekstami. Porównałbym to do postaci Obiedzińskiego ze “Znachora” Dołęgi -Mostowicza. Pijany, aczkolwiek inteligentny bełkot.

“Prymityw” z pewnością nie jest lekturą dla każdego. Nie jest to książka do poduszki. Nie utuli Was do snu. Jest kontrowersyjna językowo i treściowo. Ciężko jest mi ją polecić bądź odradzić. Musicie przeczytać i ocenić sami, choć wydawca ostrzega z okładki: “Na miłość boską, nie chcesz czytać tej powieści!”. Jest ciężka. Jest specyficzna.  Z pewnością jednak znajdzie swych amatorów. Ja do nich nie należę.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *