A. Zygmuntowicz “Piłeczki w palcach żonglerów”

“(…) gdyby zwykli ludzie wiedzieli, ile w cenie tych tabletek jest limuzyn dla byle palantów z biura, ile łapówek, ile wódy wypitej przez lekarzy, ile chciwości, złego zarządzania, ile pensji przesadzonych, ile durnych gadżetów, ile niby to konferencji, ile niepotrzebnych zjazdów w hotelach, ile wszystkiego zbędnego, to chybaby te firmy rozjechali, zadeptali je chyba. Podpalili”. 

Po przeczytaniu książki Artura Zygmuntowicza “Piłeczki w palcach żonglerów” gwarantuję Wam jedno. Że tabletki, które z taką lubością łykacie na każdą dolegliwość, staną Wam w gardle. Autor recenzowanej przeze mnie “Białorusi”, pochylił się bowiem nad tematem mało znanym, a szalenie ważnym i ciekawym. Ciekawym pod kątem patologii w nim panującej. Opisał  codzienność pracowników korporacji farmaceutycznych. Sam działał w niej przez dwadzieścia lat. Na bazie własnych doświadczeń oraz rozmów z innymi pracownikami, odsłonił czytelnikom, a przede wszystkim konsumentom, smutną rzeczywistość tej branży.

W pierwszej chwili byłem przerażony opisanym “dziadostwem”. Po chwili refleksji i przemyśleń było jeszcze gorzej. Zdałem sobie bowiem sprawę, że książka Artura Zygmuntowicza nie jest opowieścią o środowisku farmaceutycznym. Z rozmów z wieloma znajomymi wiem, że jest to model działania większości korporacji w naszym kraju. Najsmutniejsze jest jednak to, że jest to obraz jeszcze szerszy. Jest to obraz Polski i Polaków po roku 1989. Spuścizna peerelowskiej mentalności oraz niezbyt udanej transformacji ustrojowej.

Książka “Piłeczki w palcach żonglerów” zohydziła mi jednak, nie tyle środowisko farmaceutów, co środowisko lekarskie. Nie było to oczywiście zamiarem autora. W pewnych momentach go nawet broni, pisząc słusznie, że jak w każdej grupie zawodowej, trafiają się ludzie tacy i tacy. Honorowi i złodzieje. Łapówkarze i fachowcy z powołania. Ja jednak patrzę na nich nieco inaczej. Kiedyś lekarz był to przedstawiciel pewnej elity – intelektualnej i moralnej. Kwiat narodu. A dziś?

Na koniec muszę trochę “posłodzić” autorowi. Co tu dużo gadać: facet ma talent do snucia opowieści. Podobnie jak w “Białorusi”, tryska czarnym humorem. Jak już pisałem przy poprzedniej recenzji, jest to typ, który opowiada rewelacyjne dowcipy, zachowując przy tym kamienną twarz. Bardzo przypadła mi do gustu forma, jaką wybrał. Spodziewałem się bowiem typowego reportażu, opisów potajemnych spotkań w zapomnianych przez Boga miejscach. Tymczasem akcja książki rozgrywa się w jednej sali, przy dwóch hotelowych stolikach. Autor podsłuchuje rozmowę trzech pracowników korporacji, którzy wspominają swoje doświadczenia. Dla czytelnika forma ta jest jak wyjście ze znajomymi na piwo i słuchanie nieprzyzwoitych opowieści. Forma lekka aż do bólu…

Artur Zygmuntowicz poruszył temat ważny, aczkolwiek nie funkcjonujący w szerszej świadomości. Może jego książka coś zmieni? Może powstanie kolejna? Tak czy inaczej polecam!

Za egzemplarz recenzencki dziękuje autorowi – Arturowi Zygmuntowiczowi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *